I OTO MNODZY LUDZIE UBODZY…

I OTO MNODZY LUDZIE UBODZY… czyli o naszym koncercie pieśni niepodległościowych w namiocie Światowych Dni Ubogiego 2018.
Brzmi znajomo, choć to jeszcze nie czas na kolędy, to jest jasne. Ale to czas na ubogich. To jest nieustający czas, który winniśmy ubogim. Ten czas nie skończył się wraz z zakończeniem Światowego Dnia Ubogich.

Zanim weszliśmy na scenę, powiedziałem do Ewy, że oczywiście kompletnie się do tego nie nadajemy i Ewa przyznała mi (niestety) rację. Po czym obie stwierdziłyśmy, że właśnie dlatego powinniśmy to robić…
Namiot był bardzo duży, znakomicie oświetlony i gęsto wypełniony ludźmi. Oprócz tzw. grupy docelowej było sporo wolontariuszy, głównie młodych ludzi w gustownych żółtych koszulkach, siostry zakonne, bracia zakonni i księża. I dużo się działo… Scena została bardzo dobrze przygotowana, było profesjonalne nagłośnienie, oczywiście odsłuchy, więc nareszcie mogliśmy się usłyszeć (czy to dobrze, czy źle – pozostawiam Waszej ocenie).
Przywitała nas przeurocza młoda osoba imieniem Natalia (która w tym czasie miała dyżur prowadzącej program) i zapytała, kto jesteśmy, żeby nas przedstawić. – NamArka, część wspólnoty takiej a takiej – odpowiadam. – Cudownie! – usłyszałam od Natalii. – Coś więcej o was? – Założyciel grupy to obecny arcybiskup Grzegorz Ryś. – Niesamowite! – powiedziała i szeroki uśmiech rozjaśnił przestrzeń kilku metrów sześciennych w jej pobliżu. – Ale śpiewamy absolutnie amatorsko – dodałam asekuracyjnie, żeby przygotować odbiorców na to, za chwilę usłyszą. A Natalia z tym swoim promiennym uśmiechem od ucha do ucha: – Wspaniale! Czyli pasjonaci-entuzjaści. Uwielbiam! Każdy jej komentarz kończył się wykrzyknikiem. I to takim jak pięć wykrzykników.
No i tak nas też przedstawiła. W tej sytuacji czyż mogło się nie udać? Tym bardziej, że był z nami przez pewien czas Paweł z Akademii Muzycznej, 4 rok wiolonczeli – spadł nam z nieba (…). Był i nasz niezastąpiony Greting, który oprócz gry na harmonijce ustnej i fletach robił prześliczny chórek jednoosobowy. Nie znacie go z tej strony – jeszcze. Piękniejsza część naszej ekipy – Alicja, Basia, Ewa i Gosia – jako żywo przypominała słynne „Alibabki”. Może nazwiemy je Alebabki, co? Alebabki tolerowały mnie przy głównym mikrofonie (nie tylko śpiew, ale też komentarze, które miały być improwizowane, czyli wykute na blachę, a ostatecznie były tylko improwizowane).
Na początek Smak i zapach pomarańczy, bo to kawałek, z którym zazwyczaj dajemy radę. I już wiedzieliśmy, że będzie dobrze, bo namiot absolutnie włączył się w śpiew. Bezdomni i ubodzy – ilu ich było? nie mniej niż setka, ale może i dwie – oraz cała reszta zaczęliśmy budować wspólnotę na ten dwugodzinny czas, który mieliśmy do dyspozycji. Zaledwie. Kiedy zabrzmiały Legiony, a potem Rozkwitały pąki białych róż, huknęli chyba wszyscy. Śpiewaliśmy klasykę pieśni z lat 1914-18, z czasu powstania śląskiego (Czerwone słoneczko), potem kawałki z drugiej wojny, poprzez Biały krzyż Klenczona (o żołnierzach wyklętych), a dalej już leciały równo pieśni powojenne aż po Mury Kaczmarskiego. I był to potężny chór ludzi, których tak wiele łączy! O wiele więcej, niż myślimy. Łączy nas ta ziemia i jej historia, łączy nas krew naszych przodków. Może to brzmi zbyt patetycznie, ale jak to inaczej określić?
Grupa braci zakonnych pod sceną (przekazują serdeczne pozdrowienia dla Bolka ☺) z przekonaniem śpiewała: Dziś do Ciebie przyjść nie mogę i Żołnierz dziewczynie nie skłamie. Myślę, że była w tym ich śpiewie głęboka prawda o nich samych. Ostatecznie wszyscy jesteśmy żołnierzami, a nasze życie jest walką…
W pewnym momencie na scenie pojawił się niejaki Józiu, który (zapewne nie tylko z okazji stulecia) spożył parę setek alkoholu. Oprócz wiązanki góralskiej posługiwał się gęsto też inną wiązanką niestety. Przy pomocy wolontariuszy udało się go przekonać, że poza sceną też jest potrzebny i za chwilę tańczył z zakonnicą któryś z kawałków Skaldów. A potem były wężyki i korowody lub bujanie się (m. in. przy piosence Żeby dużą rękę mieć „Pod Budą”). Nawet wydawanie posiłku nie przerwało zaangażowania tych ludzi, dla których – wydawałoby się – jedzenie jest najważniejsze. Na chwilę Robert przekazał swój bęben sympatycznemu bezdomnemu, a tańce sceniczne pewnej pani Basi były miłym akcentem choreograficznym. Pani Basia co chwilę pytała: ale ja naprawdę ładnie tańczę, prawda? To trzeba to było zobaczyć! Na koniec niespodzianka: o gitarę poprosił bezdomny Krzysztof i zagrał – jak myślicie, co? Zegarmistrza światła. I to jak zagrał! Okazuje się, że swego czasu grał z zespołem „Dżem” i Ryśkiem Riedlem. Gra na gitarze prowadzącej, solowej i na basie (…).
Było cudnie, jak mawia nasz drogi Klasyk. Dzięki Bolkowi, który w nas uwierzył (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi), mogliśmy tam być. Dzięki Jarkowi, Tadkowi, Robertowi, Gretingowi i Pawłowi była muzyka, a dzięki Darkowi – teksty na ekranie. Dzięki Alebabkom były śliczne alty i soprany. Dzięki wielu ludziom dobrej woli i wolontariuszom bezdomni i ubodzy mogli spędzić te parę dni inaczej niż zwykle. Dzięki papieżowi Franciszkowi przypomnieliśmy sobie, że obok są ubodzy, i to nie tylko jeden dzień w roku. Dzięki Bogu!